W marcu idą śledzie na głębie, połów kończy się i rybacy wracają do domów, obrachowywać się z kupcami za tyle podejmowanych trudów. Ale te wszystkie trudy – narażanie życia i zdrowia, nie odstręczają ich bynajmniej od zawodu, który jest ich powołaniem. Rybak robi swoje nie tyle dla zysku, ile z zamiłowania, podglądając z lekceważeniem na każdą inną pracę. Na ostrokończastej łódce pruć rozhukane i wysoko piętrzące się bałwany morza i rzucać w nie sieci; nie ulęknąć się ani podwodnej skały i pędzącej na nią fali, ani wieloryba, którego jedno uderzenie ogona zatapia największą łódź, ani tylu innych potworów morskich na to potrzeba męża serca i odwagi… Takimi też są rybacy norwescy.

Zupełnie w inny sposób odbywa się połów sztokfiszów, ryb dużych na półtora łokcia, u nas nieznanych, ale w krajach nadmorskich bardzo cenionych.

Na połów sztokfiszów tysiące ludzi, na nie wielkich statkach i łodziach, śpieszy rok rocznie na północ ku oceanowi Lodowatemu. Wybierają się tam na czas dłuższy, zaopatrzeni w ciepłe odzienie i żywność. Im dalej płyną ku północy, tym góry nadbrzeżne rzadziej porastają lasami i coraz niżej bywają w śnieg spowite. Po drodze skały podwodne coraz bardziej utrudniają żeglugę. A tu od brzegów zbytecznie też oddalać się nie można, bo na zachód czeka rybaka jeszcze pewniejsza zguba.