Z daleka tylko widać, jak na morzu mnóstwo bałwanów zbiega się z różnych stron, niby wysokie góry, uderzają o siebie z wściekłością i giną, żeby znowu innej fali dać miejsce. Jest to wir morski, tak gwałtowny, że równego mu niema na całym świecie. Nazywa się on Melsztrom – młyn morski. Prąd wody jest w nim tak silny, że o kilka wiorst przyciąga do siebie łodzie i statki. Biada okrętowi, który by się w jego moc dostał: pociągnięty w otchłań morską, niechybnie zginie bez śladu.

Wciąż więc lądu się trzymając, dopływa na koniec rybak do Lofodów, wysp równie skalistych, jak cały zachodni brzeg Norwegii.

Rybacy na tych wyspach budują sobie czasowe mieszkania z drzewa, chrustu i skór. Na noc zakładają wędki z przynętami, a z rana wyciągają złapane ryby. Łapią też w sieci i więcierze. Jeden człowiek może złapać do 50 sztuk tych ryb dziennie. Każda część sztokfisza ma swoje znaczenie w handlu: głową i wnętrznościami karmią bydło; z wątroby wydobywają tłuszcz, sprzedawany do aptek na lekarstwo, pod nazwą tranu; mięso solą,, wędzą lub suszą na tykach, na wybrzeżu sterczących. Ale nie dość tego: nawet pęcherz sztokfisza wysyłają daleko za morze, gdzie uważają go za przysmak, lub też wygotowują z niego klej. Ikrę też osobno sprzedają francuzom, którzy używają jej jako przynęty do łapania sardynek, malutkich, ale bardzo smacznych rybek. I tak nic nie zmarnowawszy, a zarobiwszy jakie 100 rubli, rybak zwija swój namiot i wraca do domu.