Tysiące takich szker mniejszych i większych, wyższych lub niższych, rozpościera się naprzeciw fjordów w wielkim nieładzie. Czasem stoją one jedna przy drugiej, niby sznur rozsypanych paciorków, to znów wznoszą się pojedynczo, jako puste, dzikie bryły kamienne, na których tysiącami gnieździ się lub przesiaduje ptactwo morskie.

Nawet w czasie pogody jakiejże zręczności potrzebuje żeglarz, aby ominąć te niebezpieczne przeszkody! To też w lata burzliwe zdarza się, że z ludzi, puszczających się tutaj na morze, zazwyczaj trzecia część nie wraca już nigdy, znajdując śmierć na dnie morskim. A jednak, pomimo tylu niebezpieczeństw, rok rocznie tysiące łodzi i statków wypływa na morze, a 200 tysięcy rybaków norweskich przekłada to rzemiosło nad wszelką inną pracę: odzywa się w nich niespokojna krew ich śmiałych przodków, Normanów.

Pewien bogaty kupiec duński, litując się nad nędznym życiem rybaków norweskich, namawiał kilku z nich, żeby wraz z rodzinami przyjęli u niego służbę w Danii, obiecując im znacznie większy zarobek. Ale żadne namowy nie skłoniły ich do rzucenia ulubionego zajęcia i ukochanych, choć jałowych, skał rodzinnego kraju.