Tymczasem z suszeniem siana wielki bywa kłopot, gdy trzeba je przewracać nieustannie, korzystając z każdego gorętszego promienia, z każdego powiewu wiatru. Gdy tylko uschnie, zwożą je natychmiast do stodół, bo, ustawione w stogi, pod ulewnymi tamtejszymi deszczami przemokłoby i zgniło niezawodnie. Jednak bardzo nawet szczęśliwie zebrane siano i słoma nie wystarczają do przekarmienia bydła przez długą zimę. W jesieni więc chodzą wszędzie kobiety z płachtami, zrywając dla bydła liście z topoli, brzóz i olch. Za pozwolenie zrywania liści muszą oczywiście opłacać się właścicielom.

Ale o‘o i żniwa nadchodzą! Nasz gospodarz z politowaniem patrzałby na nędzne kłoski gdzieniegdzie tylko zasianej pszenicy, która zaledwie zwraca koszta zasiewu. Owies, jęczmień i żyto lepiej się już udają, ale, dla prędszego wysuszenia nawet tych zbóż, używać tu trzeba różnych, nieznanych u nas sposobów. Najpierw więc koszą zboże przy samej ziemi, żeby nie zmarnować ani trochę słomy; potem przymocowują snopy w ten sposób do wysokich pali, żeby kłosy zwrócone były na południe.