Oprócz gospodarzy, posiadających własny grunt, w Norwegii na każdych stu rolników przypada około 15 dzierżawców, którzy nie tylko sami aż do śmierci użytkują z wydzierżawionej ziemi, ale najczęściej i dzieciom przekazują grunt, przez siebie uprawiany. Dzierżawcy ci są zazwyczaj ludźmi zamożnymi i mają w kraju takie samo znaczenie, jak i gospodarze.

Najgorzej dzieje się bezrolnym, których w Norwegii jest około 300 tysięcy. Oni to jedynie narzekają na swoją dolę, bo, nie płacąc podatków, nie mają żadnego udziału w sprawach krajowych; położenie ich jednak nie jest jeszcze zupełnie nie znośnym. Za mieszkanie i kawałek gruntu, który wystarcza do wyżywienia rodziny, komornik płaci właścicielowi ziemi robocizną. Po wspólnej z gospodarzem pracy na polu, zasiada z nim do stołu, jak równy z równym, razem z nim gawędzi, weseli się i smuci.

W Norwegii w ogóle niema takiej różnicy stanów, jak u nas. Jeśli gość wejdzie do norweskiego domu, to – czy on będzie wyrobnikiem, czy milionowym kupcem—zawsze go posadzą na pierwszym miejscu, dla niego gospodyni najlepsze kąski wyniesie ze śpiżarni, a gospodarz ustąpi mu swego łóżka, chociażby sam musiał pójść spać do stajni.